Duet Karska & Went tworzy skromne prace o wielkiej sile rażenia.
Jak to możliwe? W fotografii i pracach video posługują się podstępnie i zwodniczo prostymi kolekcjami i ciągami obrazów.
Artystki biorą na warsztat to, co tuż pod ręką, byle co, "niby nic", obiekty i przestrzenie ogołocone, sklecone, nieaktualne, uschłe. Miejsca podupadłe, ale przed wszystkim - niezauważalne, które ujawniają się z całą mocą dopiero na fotografiach, w zatrzymanym kadrze - na co dzień prawie każdy prześlizgnie się po nich niewidzącym wzrokiem. No bo co tu - w ruinach, w starych szyldach - ciekawego albo ładnego?
W tym miejscu można zaznaczyć, że to, czego nie zauważamy, mówi o nas równie wiele, jak to, co świadomie widzimy i przyjmujemy do wiadomości. W pewien sposób niezauważalne jest podszewką, negatywem ładności i interesującości. Niezauważalne to obszar głęboko zinternalizowany - wczytany i upchnięty w podświadomość, kawał tego, co niezbyt. Takie częściowe wyparcie albo wybiórczość percepcyjna ma najogólniej biorąc jedno ciemne źródło - niedopasowanie ułomnych elementów do pożądanego lub choćby akceptowalnego, znośnego obrazu rzeczywistości. Można założyć, że to niedopasowanie, ryft, szczelina są przestrzenią, gdzie zaczyna się praca duetu K&W. Trzeba tu zwrócić uwagę na trop lingwistyczny: niektóre tytuły także znacząco niosą w sobie pęknięcie, zgrzyt, niezręczny miks j. polskiego i "światowego" ("Sandboxy", "Kino Dream") albo przypominają wykoślawioną peerelowską nowomowę ("Miastoprojekt", "Strach Architektura"). Ich język potwierdza teorię pęknięcia, niedopasowania, jako czynnika pierwszego, zaczynu tych prac.
Eksploracja zaczyna się od wytropienia tych szczelin, aby stopniowo przekształcić się w wieloletnie drążenie, dokumentowanie i analizę tego, co: trudne do zniesienia - ale codzienne, zawstydzające - ale jawne, jeszcze istniejące - w nieodwołalnie znikające.
Można tu się pokusić o próbną typologię ciągów prezentowanych w formie fotografii lub video. Są to zbiory dokumentujące trzy podstawowe problemy: społecznej ułudy, nieodwracalności, prowincjonalności.
Ułudy społeczne to miraże współistnienia sztuki i konstrukcji użyteczności publicznej ("Miasta Polskie", gdzie tzw. witacze - podupadłe, nadkruszone, pordzewiałe obiekty o modernistycznym rodowodzie, witają nas dumnie u bram równie podupadłych miast i miasteczek; "Miastoprojekt", którego czysta biel, urbanistyczna logika i uporządkowanie dosłownie rozpływają się w kałuży błota).
Nieodwracalność, utratę i przemijalność obrazują quasi-dokumentalne kolekcje śladów dezintegracji (z cyklu "Strach Architektura", "Wiadukty", "Sandboxy"). W formie fotografii są to surowe, wieloelementowe cykle obrazów, katalogujące przeróżne formy i fazy rozpadu - odpadające tynki podtrzymywane w miejscu jedynie siatką, skruszałe łuki, fontanny bez wody. W pracach video zdarza się sztuczna (tylko w sztuce możliwa) reanimacja nieodwracalnego - przywracanie życia i ważności przeszłym formom - fasada przeznaczona do rozbiórki wciąż zasługuje na odświeżenie ("Strągiewna 45"), szkielet hotelu ożywa pod ręką pokojówek ("Projektowanie i organizacja przestrzeni"), woda wypełnia basen i wypływa z niego, wbrew prawom fizyki, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu ("Obieg zamknięty"). Jednak nawet te chwilowe rezurekcje i zawieszenia praw czasu - potęgują i podkreślają odczucie nieodwołalności zmian i atrofii.
Kolejny wątek to prowincjonalność - zmaterializowany kompleks gorszości, wstydliwa rozpadlina pomiędzy czymś, co faktycznie jest, a tym, do czego się bezskutecznie i niepotrzebnie aspiruje. Jej - prowincjonalności - awatarem jest każdy sklepik "Manhattan" w każdym polskim miasteczku. W pracach K&W znajdziemy całe kolekcje bytów i obiektów naiwnych, skażonych ewidentnym ubóstwem środków, tandetnie optymistycznych, które mają za zadanie zachwycić i uwieść obserwatora/widza/klienta. ("Panie i Panowie", "Witryny", "Niedziela", "Kino Dream", "Miasta Polskie"). Niestety przez swoją nieuświadomioną, nieprzepracowaną zgrzebność nie są w stanie spełnić tej kusicielskiej funkcji.
Tych kilka typologii, motywów przewija się przez twórczość duetu K&W, pojawiając się ponad i znów nurkując pod pozornie obiektywną i zdystansowaną, gładką powierzchnią gotowych cyklów.
Wobec wielości wątków i toposów niebagatelna jest umiejętność dostrzegania i wybierania najodpowiedniejszych ułamków, pojedynczych fragmentów, pasujących elementów układanki. Metodą pracy artystek jest uważność, dyscyplina i upór w wieloletnim czasami odnajdywaniu i kolekcjonowaniu.
To kolekcjonerstwo jest zadaniowe, zdecydowane i zaborcze, pozbawione jakiegokolwiek dziewczęcego sentymentalizmu czy nostalgii, ja przynajmniej nie widzę tu żadnego śladu rozpływania się nad smutną urodą rozpadu.
Zamiast tego, wyszukane obrazy zostają wykorzystane do budowania własnego języka ponaddokumentalistycznej i pozawerbalnej komunikacji. Do konstruowania ciągów, zdań, form liniowych, piętrowych lub zapętlonych. Formy te, bezsłowne nienarracje, integralnie współtworzone przez muzykę autorstwa Marcina Zielińskiego, lśnią już własnym blaskiem - wewnętrznym porządkiem i niemal namacalnym skupieniem nad katalogowaniem chaosu.
Stworzenie giętkiej, gramatycznej struktury dla osadzania "znalezionych" obrazów jest chyba najtrudniejszym i najbardziej znaczącym artystycznie dokonaniem wypracowanym przez duet K&W.
Precyzja prac duetu Karska & Went, staranność ich wyborów, formalna doskonałość poszczególnych kadrów, zawsze nieco inna forma ich "oprawy" przywołują na myśl obraz jubilera, który pochylony w skupieniu, ze szkłem powiększającym w oku, wybiera pęsetą najodpowiedniejsze kamyki, aby osadzić je w pustej jeszcze kolii - skończonej, dobrze zamkniętej formie.
Efektem i jednocześnie dowodem istnienia tej wewnętrznie spójnej gramatyki jest dla mnie fakt, że pozornie bezosobowe, dokumentacyjne fotografie włożone w slajd-show, video, ciąg, drukowany album, blog czy jakąkolwiek inną formę, tworzą emocjonalnie inną, nową wartość, a każde ich złożenie jest trafne i nieprzypadkowe.
Co więc ten język komunikuje? Chyba to, czego autorki nie chcą wprost wypowiedzieć, przed czym bronią się techniką i doskonałym opanowaniem materii obrazu i muzyki współtworzącej ich prace.
Może oferują nam wizualne odwzorowanie stanu wyczulenia na takie sygnały zewnętrzności, które rezonują ze stanem wewnętrznego niepokoju i niezgody - na tę nieubłagalność, przejściowość, dziejącą się na naszych oczach utratę? Może sygnalizują potrzebę uprawomocnienia niepełnej lub ułomnej obecności poprzez współodczuwanie, rejestrację i wciągnięcie nas - obserwatorów - w orbitę działań, w próbę rejestrowania tego, czego nie chcemy albo już nie umiemy dostrzegać.
Poprzez częstą nieobecność ludzi we wspomnianych pracach możemy spróbować spojrzeć na przestrzeń jako taką - jak na autonomiczny obiekt, a nie tylko pustą formę do wypełnienia. Przestrzeń w tym ujęciu to czynnik aktywnie nas kształtujący, który choć teraz w rozpadzie i w odejściu, miał i nadal ma wielką siłę oddziaływania.
Wyrośliśmy w tej trochę ułomnej rzeczywistości - przyjmując ją kiedyś w dzieciństwie za oczywistą i właściwą. Poszliśmy nieraz do koszmarnego fryzjera, mieszkaliśmy w sennym miasteczku, bawiliśmy się w pustej i zarośniętej trawą fontannie albo piaskownicy. Wyrośliśmy z tego już dawno, byliśmy tu i tam, w świecie, już wiemy, że to nasze podwórko jest trochę i śmieszne, i straszne, ale. jednocześnie pojawią się niejasne, lecz silne wrażenia wykorzenienia, żalu, wstydu, irytacji i współczucia.
Myślę, że prace duetu Karska & Went zamieszkują gdzieś pomiędzy tymi stanami emocjonalnymi. Znalazły sobie tam własną mentalną przestrzeń, jakieś swoje nieoczywiste półpiętro. Paradoksalnie wielkie zbiory i kolekcje obrazów w całej swojej masie i skomplikowaniu uderzają celnie w bardzo niespodziewaną, emocjonalną strunę.
Wszystkie jednak prace, tak precyzyjnie przemyślane i skonstruowane, nie są jednak ani trochę jednoznaczne, nie pomagają, nie podpowiadają w interpretacji - żeby je odpowiednio zrozumieć lub odczuć, trzeba się w nich na dłuższą chwilę zanurzyć. Zróbmy to, zanim "Kino Dream" przeobrazi się nieodwracalnie w Cinema Dream, a na rogatkach miasteczka powita nas nie witacz, a pstrokaty, jakże światowy billboard.