W tej chwili tak naprawdę interesuje mnie tylko jedna rzecz, a jest nią rejestrowanie tego wszystkiego, co pominięto w książkach
We wspólnych działaniach Alicji Karskiej i Aleksandry Went przewija się motyw roztaczania opieki, dbania o to, co zapomniane, przywracania zagubionych tożsamości. Młode artystki usiłują chociaż na krótki moment przywrócić znaczenie miejscom opuszczonym, "umarłym", albo zaopiekować się tym, co marginalne. Swoimi gestami wybijają z rutyny przypadkowych obserwatorów.
Miejscem akcji ich pierwszego wideo "Projektowanie i organizacja przestrzeni" (2002) był plac budowy niedoszłego hotelu. Ogromna szkieletowa konstrukcja została porzucona niedokończona, gdy w międzyczasie budownictwo z wielkiej płyty wyszło z mody, a po latach przyszedł czas na rozbiórkę potężnego wraku. Karska i Went wkroczyły na plac, gdy robotnicy rozpoczęli destrukcję i w momencie pomiędzy narodzinami i śmiercią hotelu dały mu jedyny moment życia, iluzję hotelowej krzątaniny w nie-miejscu. W strojach pokojówek ruszyły do "organizowania przestrzeni" w szarych betonach, z których dopiero wyłaniała się sylweta hotelu. W schludnych białych fartuszkach zmieniają hotelową pościel, ścielą nieistniejące hotelowe łóżka, noszą walizki hotelowych gości. W tym samym czasie robotnicy usuwają wielkie betonowe płyty, którym nigdy nie będzie dane ochranianie gości nadmorskiego kurortu. Widmowość zaanektowanego miejsca upodabnia artystki do lunatycznych zjaw obłąkańczo powtarzających absurdalne czynności. Gdy destrukcja dobiega końca i budynek znika one nie przerywają krzątaniny, niezrażone rozpościerają prześcieradła na piasku i kontynuują odgrywanie swoich ról. Równocześnie toczy się opowieść o stereotypach męskości i kobiecości. Eleganckie pokojówki na obcasikach i z białymi zwiewnymi prześcieradłami są uosobieniem czystości i niewinności w zestawieniu z surowym światem robotników w brudnych kombinezonach.
Sam tytuł filmu, "Projektowanie i organizacja przestrzeni" jest nazwą kierunku studiów ukończonego przez Karską i Went na gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, a niechciana architektura jest również tematem ich późniejszego wideo "Stągiewna 45" (2004). Tytułowa Stągiewna to historyczna ulica na starówce w Gdańsku. Jedną stronę Stągiewnej zajmuje ciąg stylizowanych kamieniczek, a druga strona, ta z numerem 45, otwiera się na zrujnowaną Wyspę Spichrzów. Karska i Went zaopiekowały się porzuconą fasadą - tylko to zostało z budynku. Odmalowują ścianę zgodnie z pierwotnymi barwami odnalezionymi pod warstwami odrapanego tynku, a zdziwione spojrzenia przechodniów śledzą ich ruchy. Artystki w białych kitlach wyglądają niczym pielęgniarki - kolejna kobieca rola. Jasny błękit i róż na tle słonecznego nieba sprawiają wrażenie scenografii, gdy zza odnowionej sklepowej witryny wyzierają ruiny. W następnym kadrze zostaje wprowadzona poprawka - farba pokrywa również szybę, by zakryć przykre zrujnowane tło.
"Istniejemy przecież jednocześnie w dwu rzeczywistościach i nie przeszkadza nam, że one się nie spotykają - pisze polska filozofka Jolanta Brach - Czaina - Jedna wyrazista, krzykliwa, tak gwałtownie domaga się uwagi, jakby jej byt od tego zależał."1 Druga, niedostrzegana rzeczywistość stała się przedmiotem analizy Karskiej i Went. W instalacji "Inspekty" gdańskie artystki pochyliły się nad lichymi źdźbłami trawy z trudem, choć uparcie kiełkującymi w szczelinach betonowej, miejskiej pustyni. Misternie wycięły ze szkła i połączyły metalowymi spojeniami małe domki wiernie naśladujące istniejące w rzeczywistości szklarnie. Szklarenki mają stwarzać mikroklimat dla drobnych roślinek i chronić je przed nieprzyjaznym urbanistycznym klimatem. Miejskość porządkuje pozorny chaos natury i przejawia się w ogromnych połaciach przestrzeni pokratkowanych betonowymi płytami. A między szarymi płytami chodnikowymi, które pokrywają prawie każdy kawałek w miastach - z powodu niedbałego położenia, wielokrotnych mrozów i roztopów - po jakimś czasie pojawiają się szczeliny i pęknięcia. Tymi szczelinami wdziera się natura pod postacią lichych ździebełek. "Szczeliny istnienia" to tytuł książki Brach-Czainy, której myślenie bliskie jest działaniom Karskiej i Went. Zauważa ona, że obok pierwszej, krzykliwej rzeczywistości, równolegle, jednocześnie dzieją się zdarzenia niepozorne, ledwie zaznaczające swą obecność. Sfera subtelna. (...) Istnienia półprzeźroczyste, których się nie zauważa. Ich obecność ma jednak związek ze spokojem powolnego trwania i gwarantuje, że podstawowe sprawy idą dobrze, choć inni zajęci są tworzeniem i podziwianiem jaskrawej strony zjawisk..."2. Małe chwasty zdeptywane tysiącami podeszw wybijają się pod murami, na podwórkach i na rzadziej uczęszczanych uliczkach. Wypleniamy je, bo burzą nasze poczucie porządku, a Karska i Went zainteresowały się właśnie tą pomijaną, zwalczaną zielenią miejską.
W "Inspektach" znajduje swoje odbicie wcześniejsza praca Alicji Karskiej "Drzewa" (2004) istniejąca w formie wideo i wielkoformatowego wydruku fotograficznego. To ciągnący się w nieskończoność monotonny krajobraz szarych bloków poprzetykanych kikutami bezlistnych drzew. Ponowne zderzenie dwóch żywiołów. Ale przyroda, choć reprezentowana silnymi konarami jest przykrojona na wymiar, tak jakby witalność wśród surowych kostek mieszkalnych była źle widziana. Miasto w istocie powstaje przez odrzucenie natury i porównywane jest do raka, wrzodu wyrosłego na tkance przyrody. Siła witalna przyrody jest nieokiełznana, więc my usiłujemy ją zdyscyplinować, zurbanizować wyznaczając fragmenty przestrzeni miejskiej, w których pozwolimy się jej rozwinąć - oby tylko nie za bardzo, bo wtedy tak, jak kropla drążąca skałę, tak drobne roślinki wypatrzone przez Went i Karską rozsadzą chodniki. To małe działanie dywersyjne skierowane przeciwko miejskim betonom. Żywioł przyrody podskórnie toczący się pod tkanką miejską.
Trudno nawet upierać się, że to małe życie pomijane jest niesłusznie. Ta druga rzeczywistość jest nieodłącznym cieniem pierwszej, ważniejszej. Wolfgang Welsch pisze o anestetyce, czyli drugiej stronie estetyki, która bierze swój początek w znieczuleniu. Estetykę rozumie jako wiedzę o wszelkiego rodzaju postrzeżeniach, a anestetyka obejmuje to, co niedostrzegane. "Widzimy nie dlatego, że nie jesteśmy ślepi - widzimy dlatego, że jesteśmy ślepi na większość rzeczy; coś uwidocznić oznacza zarazem uniewidocznić coś innego. Nie ma aisthesis bez anaisthesis"3 pisze Welsch. Nie ma estetyki bez anestetyki, a im więcej estetyki, tym więcej anestetyki. Im silniejsze bodźce są potrzebne do zwrócenia naszej uwagi, tym większy staje się obszar anestetyki, pominięty. Welsch postuluje, że estetyka naszych czasów powinna uczynić anestetykę centralnym przedmiotem swoich rozważań. Nie wiadomo tylko, jak miałoby się to odbywać. "Jak praktycznie uwrażliwiać na anestetyczność?" pyta. Went i Karska penetrując ten obszar wynajdują to, na co nasze zmysły są najbardziej ślepe. Czujnie wydobywają dla naszej świadomości aspekty dotąd anestetycznie ukryte i dowartościowują ten suplement rzeczywistości. Czynią to poprzez działania absolutnie nonsensowne, same w sobie bezproduktywne, a od nas zależy czy dostrzeżemy ich subtelność.